Kornel Makuszyński

120 przygód koziołka Matołka

Wszyst­kie mą­dre pol­skie kozy,
By je zli­czyć, nie mam siły!
Na na­ra­dę się ze­bra­ły
I rzecz taką uchwa­li­ły:

„W sław­nym mie­ście Pa­ca­no­wie
Tacy spryt­ni są ko­wa­le,
Że umie­ją pod­kuć kozy,
By cho­dzi­ły w peł­nej chwa­le.

Prze­to koza albo ko­zioł,
Ja­kaś bar­dzo mą­dra gło­wa,
Aby pod­kuć się na pró­bę,
Musi pójść do Pa­ca­no­wa.

A gdy wró­ci ten wę­dro­wiec,
Już pod­ku­ty, ale zdro­wy,
Wszyst­kie kozy się do­wie­dzą,
Czy to do­brze mieć pod­ko­wy.”

„Kto ten dziel­ny? Kto się zgła­sza?”
„Ja!” – za­krzyk­nął w głos ko­zio­łek.
Miał ma­leń­ką, pięk­ną bród­kę,
A wo­ła­no nań: Ma­to­łek.

Czu­le że­gnał go ród kozi,
Mama i sę­dzi­wy tata,
A Ma­to­łek wziął to­bo­łek
I wę­dru­je na kraj świa­ta.

Kie­dy zna­lazł się na dro­dze,
Po raz pierw­szy na wol­no­ści,
Sko­czył w górę nasz ko­zio­łek,
Aby roz­pro­sto­wać ko­ści.

Na­gle uj­rzał dwa za­ją­ce,
Więc za­py­tał: – „Pro­szę pa­nów,
Może mi pa­no­wie wska­żą,
Gdzie to mia­sto jest Pa­ca­nów?”

Rzekł mu je­den: – „Idź przed sie­bie,
Tro­chę w pra­wo, tro­chę w lewo,
Prze­płyń mo­rze, prze­skocz góry,
Aż na­po­tkasz uschłe drze­wo.”

Na­gle prze­rwał i za­krzyk­nął:
„Niech ra­tu­je się, kto za­jąc!”
A ko­zio­łek smyk na drze­wo,
Przed psem strasz­nym ucie­ka­jąc,

„Złaź na­tych­miast z mego brzu­cha”
Woła drze­wo w wiel­kim gnie­wie.
„Nie masz pra­wa, śmiesz­na kozo,
Po sza­now­nym ła­zić drze­wie.”

Za­wo­ła­ło wiatr na po­moc
I za­trzę­sło się z ło­po­tem,
Tak że spa­dło tro­chę li­ści,
A ko­zio­łek za­raz po­tem.

„Aj! Aj!” – wrza­snął, choć pod drze­wem
Złe­go już nie było zwie­rza,
Lecz tym­cza­sem jeż przy­drep­tał
A ko­zio­łek spadł na jeża.

Bek­nął gło­śno sie­dem razy,
Sko­czył, jak­by opę­ta­ny,
A siąść nie mógł, bo w tym miej­scu
Miał bo­le­sne bar­dzo rany.

Jeż Igieł­ka rzekł mu na to:
„Cze­mu krzy­czysz? To się zda­rza!
Czyś ty jabł­ko, by spaść z drze­wa?
Te­raz bie­gnij do le­ka­rzal”

Niedź­wiedź za­wsze jest le­ka­rzem,
Z po­ko­le­nia w po­ko­le­nie,
Zba­dał rany, po­tem mruk­nął :
„Dam ci coś na prze­czysz­cze­nie.”

„Ni­g­dy!” – krzyk­nqł nań ko­zio­łek,
„Wolę już naj­sroż­sze bóle!”
Na stół sko­czył, stłukł ka­ła­marz
I przez okno smyk! na pole…

Wła­śnie pa­sły się cie­lę­ta
Na zie­lo­nym brze­gu Wi­sły.
Z wiel­kim się roz­bie­gły krzy­kiem:
„Ko­zioł wa­riat! Stra­cił zmy­sły!”

On zaś po­szedł po­przez pola.
W krąg kra­ina bar­dzo pu­sta,
Na­gle, gdy był bar­dzo głod­ny,
Szep­nął ci­cho: – „Ach, ka­pu­sta!”

Gło­wy sta­ły tak w sze­re­gu,
Jak­by za żoł­nie­rzem żoł­nierz.
Nasz ko­zio­łek za­czął ucztę,
Wtem ktoś chwy­ta go za koł­nierz.

„Tuś mi, brat­ku, ca­pie mło­dy!”
Wo­łał stróż, co wy­szedł z cie­nia.
„Nie oglą­daj się, idź pro­sto,
Do wię­zie­nia! Do wię­zie­nia”

Przy­szedł sę­dzia i roz­ka­zał,
By za­ku­li go w kaj­da­ny,
I w ko­mór­ce bar­dzo ciem­nej
Ka­zał przy­kuć go do ścia­ny.

Sie­dzi bied­ny nasz ko­zio­łek
I nie może ru­szyć łapą,
Ję­czy tyl­ko i wciąż pła­cze:
Żegnaj, mamo, że­gnaj, papo!”

W nocy przy­szli roz­bój­ni­cy,
Wy­grze­ba­li zie­mię koł­kiem
I na ple­cach swych unie­śli
Tę ko­mór­kę wraz z Ma­toł­kiem.

Do ciem­ne­go za­szli lasu,
Pa­trzą, co tam jest w ko­mo­rze!
Na­gle strasz­nie za­krzyk­nę­li:
„Dia­beł! Ra­tuj się kto może!”

„Stój­cie, stój­cie!” – ko­zioł woła
„Uwol­nij­cie mnie z po­wro­za,
Ja nie je­stem ża­den dia­beł,
Moja mama była koza!”

Lecz po zbój­cach nie ma śla­du,
Bo ucie­kli, gdzie pieprz ro­śnie,
A ko­zio­łek zo­stał w le­sie,
Po­be­ku­jąc wciąż ża­ło­śnie.

Be­kiem zbu­dził cza­row­ni­cę,
Bar­dzo strasz­ną babę Ję­dzę,
Co dziew­czy­nek zło­te wło­sy
Jak na kro­snach tka jak przą­dzę.

Przy­szła, pa­trzy i wciąż cmo­ka,
Po­tem rze­cze: – „Coś, ko­cha­nie,
Je­steś mi za­nad­to chu­dy,
Ale zjem cię na śnia­da­nie!”

A on na to: – „Zdejm łań­cu­chy,
A ja za to cię z ocho­tą
Po­pro­wa­dzą tam, gdzie leżą
Wiel­kie skar­by, sre­bro, zło­to!”

Wie­dzie po­tem cza­row­ni­cę
Przez las sta­ry, przez las mło­dy,
Aż obo­je tam przy­by­li,
Gdzie są wiel­kie, czar­ne wody.

Ka­zał sta­nąć jej nad brze­giem
I na chwi­lę za­mknąć oczy.
Baba stoi, a ko­zio­łek
Jak nie bek­nie! Jak nie sko­czy!

Tak ją duc­nął w brzuch ro­ga­mi,
We­dle daw­nej ko­ziej mody,
Że fik­nę­ła sie­dem razy
I jak ka­mień bęc do wody!

„Hu­laj, ko­zal” – rad za­wo­łał,
Po­tem po­biegł do jej cha­ty
I uwol­nił tro­je dzia­tek,
Co pła­ka­ły spo­za kra­ty.

Dwie dziew­czyn­ki, je­den chłop­czyk,
Uklęk­nęw­szy w cha­ty pro­gu,
Slicz­nie ra­zem za­śpie­wa­li,
Aby po­dzię­ko­wać Bogu.

Po­tem ra­zem szli z ko­zioł­kiem
Aż do czar­nych la­sów skra­ju,
Dzie­ci po­szły w kraj da­le­ki,
A on zo­stał na roz­sta­ju.

Spo­tkał kacz­kę; pięk­nie wita:
„Bab­cia pani pew­nie zdro­wa?
Może pani mi od­po­wie,
Jak stąd iść do Pa­ca­no­wa?”

„Kwa! kwa!” – kacz­ka wrza­śnie na to,
Czy­niąc w wo­dzie wie­le plu­sku.
„Nie ro­zu­miem!” – rzekł ko­zio­łek,
„To za­pew­ne po fran­cu­skul”

Noc zle­cia­ła, jak kruk czar­na,
A ko­zio­łek smut­no kro­czy,
Le­d­wie dłu­gą wi­dzi dro­gę,
Bied­ne wy­pa­tru­je oczy,

Co to?! Co to?! Z wiel­ką wrza­wą
Smok po­tęż­ny dro­gą leci,
Dwo­je oczu ma na prze­dzie
I strasz­li­wie nimi świe­ci.

Lecz ko­zio­łek nasz od­waż­nie
Sta­nął po­śród czar­nej dro­gi!
Może zgi­nie, ale przed­tem
Chce po­two­ra wziąć na rogi.

Ten ude­rzył go że­la­zem,
Któ­re miał na pasz­czy prze­dzie.
Ko­zioł fik­nął, wzle­ciał w górę,
Po­tem mięk­ko spadł i – je­dzie.

Na­gle sta­nął wóz że­la­zny,
A tłum wiel­ki w głos wy­krzy­ka:
„Koza! Koza! Łap­cie kozę!
Za­wo­łaj­cie tu rzeź­ni­ka!”

Wiel­ki strach padł na ko­zioł­ka,
Wszyst­kie ze­brał w so­bie moce,
Sko­czył i ucie­kał pę­dem,
Przez trzy dni i przez trzy noce.

Głod­ny bar­dzo, szu­kał dłu­go,
Czy się cze­go zjeść nie udał
Aż zo­ba­czył wie­wió­recz­kę,
Co jak pło­mień była ruda.

„Daj mi zjeść co, do­bra pani!”
A wie­wiór­ka: – „Bar­dzo pro­szę,
Mam na sprze­daż sześć orze­chów,
Ale za­płać mi trzy gro­sze.”

„Skąd je we­zmę, nie­szczę­śli­wy,
Wi­dzisz prze­cie, żem jest w nę­dzy!”
Wtem zo­ba­czył Stra­cha w polu;
„Może pan mi da pie­nię­dzy?”

Strach na wró­ble zdjął ka­pe­lusz,
Bar­dzo mu się pięk­nie kła­nia
I po­wia­da: – „Smut­ne cza­sy.
Ja też je­stem bez śnia­da­nia.”

Przy­szedł do jed­ne­go mia­sta,
Gdzie wy­da­no pra­wo nowe:
„Kto by z bro­dą wszedł na ry­nek,
Temu za­raz utną gło­wę!”

Na­pis taki był na bra­mie,
Ko­zioł pa­trzył weń cie­ka­wie,
Ale że nie umiał czy­tać,
Nic nie wie­dział o tym pra­wie.

Więc schwy­ta­li go od razu,
Wnet go na stra­ce­nie wio­dą,
I od­cię­li mu gło­wi­ną
Ra­zem z pięk­ną bar­dzo bro­dą.

Leży bie­dak już bez du­cha,
Wtem po­czci­wy szewc nad­cho­dzi.
Spoj­rzał, wes­tchnął i po­wia­da:
„Pew­nie bro­dą miał do­bro­dziej!”

Bar­dzo za­cny był to czło­wiek,
Wiąc choć to nie było ła­two,
Przy­szył gło­wę do tu­ło­wia
Bar­dzo moc­ną, szew­ską dra­twą.

Ożył ko­zioł, bek­nął rzew­nie,
Po­tem szew­ca wziął w uści­ski,
Szewc do domu go za­pro­sił,
A tam z jed­nej je­dli mi­ski.

Gdy od­po­czął, po­szedł da­lej.
Aż tu wszyst­kim he­rold gło­si,
Że bal bę­dzie u kró­lew­ny,
Naj­ja­śniej­szej, pięk­nej Zosi.

A kto z go­ści na tym balu
Naj­pięk­niej­szą pieśń za­śpie­wa,
Bę­dzie kró­lem i do­sta­nie
Ber­ło ze zło­te­go drze­wa.

„Będę kró­lem!” – krzyk­nął ko­zioł,
„Spie­wam pięk­niej niż sło­wi­ki!”
I czym prę­dzej za­plótł bro­dę
W bar­dzo zgrab­ne war­ko­czy­ki.

Każ­dy cud­ne śpie­wał pie­śni,
Czy bo­ga­ty, czy ubo­gi,
Lecz gdy nasz Ko­zio­łek bek­nął,
Wszy­scy w krzyk i da­lej w nogi!

„Ach, ty trą­bo je­ry­choń­skal”
Tak kró­ew­na gniew­na rze­cze.
Niech go ku­charz stąd za­bie­rze
I na roż­nie wnet upie­czel”

Strasz­ną był­by zgi­nął śmier­cią,
Ale pa­trz­cie! Ko­zioł zmy­ka,
Bo gdy ku­charz w ogień dmu­chał,
On się prze­brał za kuch­ci­ka.

Gdy tak zmy­ka w bia­łym stro­ju,
Ktoś go chwy­cił na za­krą­cie
I za­wo­łał: – „Chodź, mój miły!
Bą­dziesz kuch­tą na okrę­cie!”

Gdy uwa­rzył pierw­szy obiad,
Wszy­scy w krzyk, i miast za­pła­ty
la wy­bor­ne go­to­wa­nie
Wsa­dzi­li go do ar­ma­ty.

Jak nie huk­niel Jak nie fuk­niel
A ko­zio­łek nasz, nie­bo­żę,
Dłu­go le­ciał przez po­wie­trze
I po czte­rech dniach wpadł w mo­rze.

Spadł na małą czar­ną wy­spę
I ode­tchnął odro­bi­ną.
Na­gle wy­spa się za­chwia­ła
I za­nu­rza się w głę­bi­nę.

Dziw nad dzi­wy! Strasz­ne rze­czy!
Lecz wy ro­zu­mie­cie chy­ba,
Ze Ma­to­łek, co miał pe­cha,
Pro­sto spadł na wie­lo­ry­ba.

Par­sk­nął bie­dak, bo­wiem w mo­rzu
Woda jest okrop­nie sło­na,
A on ską­pał sią w niej cały,
Od swej bro­dy do ogo­na.

Wte­dy słoń­ce po­ciem­nia­ło,
Jak­by je za­kry­ła chmu­ra,
Bo to le­ciał ptak strasz­li­wy,
Co sią zwał „Skrzy­dla­ta Góra”.

Ryk­nął, jak­by lew za­ry­czał,
Po­rwał ko­zła w swo­je szpo­ny
I bied­ne­go syna kozy
Gdzieś w nie­zna­ne po­niósł stro­ny.

Leci, leci, leci, leci,
Aż do­le­ciał do księ­ży­ca!
Już go po­żreć chce łap­czy­wie,
Gdy wtem miga bły­ska­wi­ca.

Pol­ski szlach­cic z sza­blą bie­ży,
Krzy­kiem wiel­kim sie­jąc gro­zę:
„Ja­kim pra­wem, krwa­wy zbój­co
Chcesz tą pol­ską po­żreć kozę!”

„Ja tu je­stem, pan Twar­dow­ski
Co ci nie da zjeść bie­da­ka!”
Gdy to strasz­ny ptak usły­szał,
Mię­dzy chmu­ry dał dra­pa­kal

Szlach­cic w śmiech, a po­tem rze­cze
„Że go­ścin­ność mam w zwy­cza­ju,
Usiądź waść i opo­wia­daj,
Co tam w pol­skim sły­chać kra­ju!”

Ga­dał ko­zioł, to co wie­dział,
Po­tem zaś dzię­ko­wał szcze­rze,
A Twar­dow­ski po­we­se­lał,
Na to miłe pa­trząc zwie­rzę.

Rzekł mu po­tem: – „Dziś na zie­mią
Bądą zło­te spa­dać gwiaz­dy.
Siądź na jed­ną, je­śli Wa­sze
ra­kiej się, nie bo­isz jaz­dy!”

„Raz śmierć ko­zie!” – ko­zioł wrza­snął,
Wi­dząc gwiaz­dę spa­da­ją­cą.
Sko­czył śmia­ło i już leci,
Tyl­ko bar­dzo mu go­rą­co.

Le­ciał pra­wie przez trzy lata,
Wciąż się zło­tą ży­wiąc tra­wą,
Aż na­resz­cie gwiaz­da woła:
„Te­raz le­cim nad War­sza­wą!”

Zno­wu leci, iskry sy­pie,
Gdy wtem wody się roz­pry­sły
I gwiaz­decz­ka o pół­no­cy
Wpa­dła z ko­złem wprost do Wi­sły

Bek­nął ko­zioł, za­nu­rzo­ny
W zim­ne fale aż pod bro­dą,
I na­rze­ka: – „Czym ja kacz­ka,
Aby cią­gle spa­dać w wo­dęl”

Na brzeg z wiel­kim wy­lazł tru­dem,
Przez piasz­czy­ste brnie na­sy­py
I po­wia­da: – „Ej, Ma­toł­ku,
Ze­byś ty nie do­stał gry­py!”

Kie­dy wresz­cie świt roz­bły­snqł,
Ko­zioł, zzią­bły i roz­ża­lon,
Wi­dzi, jak żoł­nie­rze ga­zem
Wiel­ki na­dy­ma­ją ba­lon.

„Po­leć z nami!” – po­wia­da­ją.
„Po­le­ci­my po­nad chmu­ry!”
„Pięk­ne dzią­ki!” – rzekł Ma­to­łek,
„Wła­śnie po­wró­ci­łem z góry!”

I w te pędy w las ucie­ka,
Bo to wie­dział już do­kład­nie,
Ze jest ład­nie na księ­ży­cu,
Lecz na zie­mi jesz­cze ład­niej.

Bum! Bum! – na­gle się roz­le­ga
Przez lesz­czy­ny i przez łozy,
A on po­czuł ból w tej stro­nie,
Gdzie ogo­nek mają kozy.

„Gwał­tu! Tu jest po­lo­wa­nie
I na śmierć mnie za­strze­li­li!”
Jęk­nął ko­zioł i ze stra­chu
Ubiegł wię­cej niż pół mili.

Ciem­no sta­ło sią na świe­cie,
Wiel­ka bu­rza prze­szła bli­sko,
A gdy ści­chła, z gę­stwy lasu
Wy­sko­czy­ło złe wil­czy­sko.

„Smierć mnie cze­ka w pasz­czy wil­ka!”
Nasz Ma­to­łek rzew­nie ję­czy,
Gdy wtem most przed sobą uj­rzał,
Prze­ogrom­ny, z cud­nej tą­czy.

Sko­czył na ten most wspa­nia­ły,
A wilk z miną ogłu­pia­łą
Pa­trzy, jak ko­zio­łek dziel­ny
Pod nie­bie­ską mknie po­wa­łą!

Kie­dy zna­lazł się na szczy­cie,
By nie skrę­cić so­bie kar­ku,
Przy­siadł i tak zje­chał na dół,
Jak ko­lej­ką w lu­na­par­ku.

Prze­biegł tę­czą przez pół świa­ta,
Wy­ko­pyrt­nął sią w do­li­nach,
Spoj­rzał wko­ło i zro­zu­miał,
Ze się na­gle zna­lazł w Chi­nach!

Przez ry­żo­we bie­ży pola,
Przez her­ba­ty mknie za­gaj­nik,
Aż zo­ba­czył taki pa­łac,
Jak por­ce­la­no­wy czaj­nik.

Rzekł do sie­bie: – „Po co, koź­le,
W chiń­skie ty się spra­wy mie­szasz!”
Wtem za nogi strach go chwy­cił,
Bo się chiń­ski zja­wił ce­sarz.

Rzekł ła­ska­wie: – „Wi­taj, pa­nie!
Choć masz jesz­cze lata mło­de,
Man­da­ry­nem cię mia­nu­ję,
Bo masz bar­dzo pięk­ną bro­dę!”

Już po chwi­li ko­zioł stą­pa
Po pa­ła­cu, cud­nie odzian,
A ce­sa­rza cór­ka woła:
„Ach, przy­stoj­ny jest ten mło­dzian!”

Po­tem ce­sarz tak roz­ka­zał:
„Niech mu nikt nie daje ja­dła,
Aż ten chłop­czyk się na­uczy
Z chiń­skich li­ter abe­ca­dłal”

„Jest tych zna­ków nie tak wie­le,
Ze czter­dzie­ści coś ty­się­cy,
Więc się krót­ko bę­dzie uczył,
Sto lat może, lecz nie wię­cej!”

„Ra­tuj, mamo!” – jęk­nął ko­zioł,
Któ­ry był już man­da­ry­nem.
Znacz­nie gor­sze to od śmier­ci,
Co wciąż goni za twym sy­nem!”

Gdy się wszy­scy spać po­kła­dli,
Ko­zioł zdjął je­dwab­ne sza­ty
I ta­jem­nie sią za­grze­bał
W wiel­kim pu­dle od her­ba­ty.

Rano wzię­ły je Chiń­czy­ki,
Po nie­zmier­nym nie­śli kra­ju,
A w rok po­tem nasz ko­zio­łek
Był już w In­diach, aż w Bom­ba­ju

Tam po­waż­ny je­den ku­piec
Od­bił zręcz­nie wie­ko z pu­dła
A z her­ba­ty wy­ska­ku­je
Po­stać smut­na i wy­chu­dła.

„Nim od­po­wiesz” – rzekł Ma­to­łek
„Wprzó­dy do­brze sią za­sta­nów
I ob­ja­śnij mnie ła­ska­wie,
Czy to wresz­cie jest Pa­ca­nówl”

Ten zaś czło­wiek, co miał ko­lor
Jak chleb, kie­dy sią przy­pie­cze,
Na twarz upadł i za­wo­łał:
„Szi­wa riwa! Ecze pe­cze!”

Tłum ogrom­ny bie­ży, krzy­cząc:
„Aja koza hin­du teli!”
Zna­czy to: – „Tak pięk­nej kozy
Jesz­cze w In­diach nie wi­dzie­li!”

„Coś mi sią to nie po­do­ba!” –
My­śli ko­zioł za­dzi­wio­ny.
Gdy wtem tłum z ogrom­nym wrza­skiem
Roz­biegł sią we wszyst­kie stro­ny.

Pa­trzy, a to słoń pi­ja­ny,
Na ogni­sty rum ła­ko­my,
Bie­ży, trą­bą drze­wa ła­mie
I wy­wra­ca małe domy.

Doj­rzał ko­zła i wy­krzy­ka:
„Po­rzu­ci­łem mego pa­nal
Sia­daj na mnie i zmy­kaj­my,
B~d~ w to­bie miał kom­pa­na!”

Już po chwi­li ko­zioł sie­dział,
jak­by na wy­so­kiej wie­ży,
A słoń pą­dzi w las i trą­bi:
„Z dro­gi! Z dro­gi! Pan słoń bie­ży!”

Biegł przez wie­le dni i nocy,
Ko­zioł nie czuł w so­bie ko­ści,
Wiąc gdy słoń na chwi­lą za­snł,
Zsu­nął się i smyk! w ciem­no­ści.

Nad­szedł ktoś, a ko­zioł pyta:
„Gdzie ja je­stem, do­bry pa­niel”
ram­ten grzecz­nie mu od­po­wie:
„Je­steś pan w Afga­ni­sta­nie!”

„Ko­niec ze mną” – my­śli ko­zioł,
„Bo już moja dola taka!”
Wtem przy­pad­kiem, gdzieś pod nie­bem,
Sta­lo­we­go uj­rzał pta­ka.

Wła­snym oczom nie do­wie­rza:
„Czy go­rącz­kę mam, czym cho­ry!
Prze­cie na ae­ro­pla­nie
Pol­skie wi­dać stąd ko­lo­ry!”

Ae­ro­plan usiadł piąk­nie,
Bar­dzo bli­sko, o sta­ja­nie.
Ko­zioł bie­gnie, woła, pła­cze:
„Ra­tuj mnie pan, ka­pi­ta­nie!”

Lot­nik zaś, zdu­mio­ny wiel­ce,
Oczom wie­rzyć swym nie może!
Śmie­je się i tak po­wia­da:
„Skąd tu wzią­łeś sią, nie­bo­żę!”

Gdy mu ko­zioł opo­wie­dział,
Jak wą­dru­je nada­rem­no,
Uli­to­wał się ka­pi­tan
I po­wia­da: „Sia­daj ze mną!”

Fru­nął w górę ptak sta­lo­wy,
Le­ciał, le­ciał w za­chód krwa­wy,
A po kil­ku dniach nie­bie­skich
Zdro­wo przy­był do War­sza­wy.

Do nas przy­szedł bied­ny ko­zioł,
Wy­rwał siwy włos z swej bro­dy,
I ser­decz­nie po­pła­ku­jąc,
Opo­wie­dział swe przy­go­dy.

A nam też się pła­kać chcia­ło,
Prze­to, wi­dząc go w bo­le­ści,
Pro­si­li­śmy, by zjadł obiad
I uży­wał, co się zmie­ści!

A on na to – „Chciał­bym bar­dzo,
Lecz od­po­cząć­tu nnie mogę.
Mu­szę szu­kać Pa­ca­no­wa
I w tej chwi­li idę w dro­gę!”

Więc po­że­gnał nas ser­decz­nie
I znów po­szed, bie­da­czy­sko,
Po sze­ro­kimm szu­kać świe­cie
Tego, co jest bar­dzo bli­sko.

Strasz­ne zno­wu prze­żuł dzo­eje,
Śmiesz­ne, smut­ne, nie o wia­ry,
Tak, jak gdy­by na ko­zioł­ka
Ktoś po­tęż­ne rzu­cił cza­ry.

Mamy nowe wia­do­mo­ści
I skła­da­my je w swej teczc­ce,
A za rok je opi­sze­my
W ślicz­nej jako ta, ksią­żecz­ce.

Dodaj komentarz